Strony

środa, 24 czerwca 2015

Skażona biel

Był to grudniowy poranek, młoda dziewczyna zarzuciła na siebie bluzę i pośpiesznie zeszła po schodach do kuchni. Dom był w stylu wiktoriańskim. Na górze domu znajdowały się cztery pokoje. W jednym mieściła się pracownia, w której Elizabeth malowała swoje obrazy oraz rzeźbiła swoje cuda. W drugim pokoju znajdowała się sypialnia, na środku było duże łóżko, a nad nim wisiał obraz, przedstawiał dom w którym się wychowała. W trzecim lokum mieszkał kolega El i poznali się w II klasie liceum. Minęły od tamtego czasu dwa lata. Po utracie matki Seri został bez domu, a El mając pokój wolny, zaproponowała przyjacielowi, by zamieszkał u niej i znalazł jakąś pracę, by móc opłacić połowę czynszu oraz połowę rachunków. Pokój na prawo był po prostu salonem. Na dole była kuchnia z pokojem gościnnym.
 Elizabeth zaparzyła kawę, dolała trochę mleka, energicznie mieszając łyżeczką. Za drzwiami pojawił się zaspany Seri, który zapomniawszy się wyszedł w samych majtkach. Zobaczywszy El uśmiechną się i zasłonił się drzwiami pokazując ręką, że zaraz wróci tylko się ubierze.
Po paru minutach zszedł na dół i przywitał się z Elizą:
- Cześć, jak się spało?-Zapytał Seri.
- Bardzo dobrze, tylko mógłbyś nie puszczać tak głośno muzyki w nocy - Zaśmiała się El podając kawę.
Zjedli śniadanie między czasie rzucając jakimiś żartami. Elizabeth popatrzała na rękę gdzie znajdował się zegarek było już dość późno, Szybko wypiła kawę i biegnąc po schodach powiedziała:
- Znów się spóźnię na wykłady u profesora Hillema.
A Seri zaczął się śmiać po czym dodał pod nosem coś w stylu: "nie pierwszy raz"
Wybiegła pośpiesznie ubierając bluzę na siebie, zdążyła na autobus. Był to sukces jak na El. Natomiast Seri posprzątał dom i poszedł do pracy.

Około 6 godzin później...
Seri spojrzał na El była taka piękna kiedy słońce padało na jej twarz. Jej usta były tak delikatne jak płatki róż. Nie umiał się opanować, usiadł koło niej. Zapytał jak minęły jej zajęcia w szkole. Ona odparła tak lekko, że nie zauważył kiedy odpowiedziała mu na pytanie. Przybliżył się jeszcze bardziej do niej. Trzymała kubek w ręce. Była ubrana w krótkie spodenki i białą koronkową bluzkę na ramiączkach. Zbliżył usta do jej szyi, ona odepchneła go mówiąc:
-Seri co ty robisz?
Seri odpowiedział jedynie: -Nie udawaj że między nami nic nie ma....
I rzucił się na nią odłożył kubek, usiadł na niej w rozkroku i zaczął całować, zaczęła się rzucać niczym ofiara drapieżnika. Próbowała go odepchnąć, jednak on był silniejszy. Chwycił jej ręce i związał je. Traciła oddech co jakiś czas. A on brutalnie zaczął ją całować. Zaczęła krzyczeć ile sił w płucach,jednak Seri zakrył jej usta ręką. Zaczęła poddawać się, a on rządny jej ciała dążył dalej. Zaczął ją rozbierać. Ona w tym czasie próbowała uwolnić dłonie. Zauważyła szklankę stojącą na stoliku obok kanapy. Odepchneła go chwyciła szklankę i uderzyła w Seri. Jednak nie przewidziała jednej istotnej rzeczy, że Seri zawsze trzyma pod ręką scyzoryk...
Seri rzucił nią o podłogę wyzywając El. Wytykając jej każdy błąd, jaki zrobiła w życiu.
Był do takiego stopnia sfrustrowany, że wyjął scyzoryk i zbliżył go do niej. Zaczął prawić swoje kazanie, że to wszystko mogło inaczej się skończyć. El jedynie powiedziała: -" nie rób tego, po co Ci kolejne problemy?"
W tym momencie słodko rzekł do niej- " Żegnaj, kochana, miłą, pomocna, kreatywna, zdolna, piękna Elizizabeth"
I wbił jej scyzoryk prosto w tętnicę....



_______________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że nie wyszło zbyt brutalnie.
Ostatnio mam wenę do pisania strasznie smutnych rzeczy, wydaje mi się, że są bardziej interesujące.
Pozdrawiam, Miłych wakacji :)

czwartek, 18 czerwca 2015

Ta gorsza...

Odkąd pamiętam, byłam tą naj gorszą. W szkole nie uczyłam się bardzo dobrze, jednak nigdy nie miałam komisu w sierpniu. Matematyka była dla mnie czarną magią, jedynie polski miałam na przeciętnym poziomie. Egzamin zawodowy po technikum nie zdałam...
Matka zaczęła się wydzierać, bo przecież jestem tym największym tumanem...
Sęk w tym, że nie zawsze idzie wszystko po naszej myśli, w tym momencie należy zadać sobie pytanie: "Dlaczego rodzice demotywują nas, zamiast wesprzeć i powiedzieć zdasz następnym razem?"
Myślę, że każdy z nas ma gorsze i lepsze dni, jesteśmy tylko  ludźmi  nie możemy wymagać nad przyrodzonych zdolności.
Najgorsza w życiu, czy można być bardziej nie przydatnym w życiu? Ile razu w ciągu ostatniego miesiąca usłyszałeś/ usłyszałaś o swoim beznadziejnym życiu i beznadziejnych kwalifikacjach życiowych? Nie nawidzę kiedy ktoś mi mówi ale ty to umiesz! Skąd możesz wiedzieć to?

Odkąd pamiętam moja siostra, była lepsza w wszystkim, ogarniała matematykę, miała dobre oceny w szkole. Tylko dlaczego porównuję się do niej przecież jestem inna ?!
Dlaczego porównuję się do innych?! Przecież nie muszę być dobra w wszystkim! Będę dobra w tym co lubię !

środa, 17 czerwca 2015

Każdy ... bo chciałam by to trwało wiecznie.

Każdy z nas czasem potrzebuje zmian...
Każdy z nas pragnie czegoś innego, czegoś pięknego lekkiego niczym najdelikatniejszy motyl.
Ten czas nadszedł dziś...

Jestem Betty, mam 18 lat. Mam brata młodszego-Filipa, psa- Sabę oraz zatroskaną mamę i zapracowanego tatę. Chodzę do szkoły muzycznej, oraz do Liceum ogólnokształcącego. Nie uczę się najlepiej, ale również nie najgorzej. Rodzice zawsze powtarzali mi, bym dążyła do spełnienia swoich marzeń. To jest ten dzień, kiedy postanowiłam zmieć teraźniejsze życie w coś pięknego...

Wstałam z samego rana, usiadłam na krześle chwilkę by dobudzić każdą komórkę swojego mózgu. Potem stanęłam przed szafą, ubrałam jasnoniebieską bluzkę i szare spodnie rurki, do tego czarny sweter. Schodząc po schodach na dół rzuciłam okiem na rodzinne zdjęcia wiszące w korytarzu. Mama kończyła robić śniadanie, a tata zabrał Sabę na krótki spacer przed śniadaniem. Usiadłam na krześle przy dużym stole, Filip również oczekiwał śniadania. Nagle otworzyły się drzwi od domu i wpadła do jadalni Saba, wesoło merdając ogonkiem, jednak mama szybko ją upomniała. Tata wchodząc położył listy na stoliku obok telewizora. A sam udał się by zasiąść razem z nami przy stole. Mama podała śniadanie zapaliła świeczki tak, jak robiła zawsze kiedy jedliśmy razem posiłek, tata natomiast zerkał tylko kiedy mama skończy zapalać je. I przemówił modlitwą dziękczynną za posiłek. Potem rozpoczęła się śniadaniowa bitwa o jajecznicę. Tata prosił o sól mama słodziła herbatę a Filip prosił bym podała mu patelnię z ciepłą jajecznicą. Jednak wszystko ucichło kiedy wybiła 7:30. Tata odwodził zawsze Filipa do szkoły a mama mnie...

W szkole spotkałam Alexa, byliśmy parą od ponad dwóch lat, jednak nasi rodzice nie wiedzieli o tym, było to spowodowane faktem, że nie zaakceptowaliby tego związku. Moja rodzina była poukładaną, przykładną, wierzącą oraz bardzo kładącą nacisk na naukę. Jego zaś zapracowani by utrzymać dom, nie mieli czasu na wspólny posiłek, czy też wychowanie syna, totalnie olewali syna. Ja natomiast go rozumiałam i starałam się wyprowadzić go na prostą drogę. A on nie miał nic przeciwko temu. Codziennie zostawałam po szkole by mu pomóc w lekcjach, pożyczałam książki, uczyłam grać na fortepianie.

Trwało to dwa lata...

W końcu zdobyłam się na odwagę...

Wróciłam z szkoły muzycznej po koncercie półrocznym, uświadomiłam rodziców, że jutro przyjdzie ze mną ważny gość, jednak nie powiedziałam kto, wolałam by nie wiedzieli jeszcze.
Mama podpytywała ciągle, jednak mój uparty charakter nie pozwolił jej wyłudzić najmniejszej informacji o Alexie.
Rano nie różniło się niczym od pozostałych dni z wyjątkiem posiłku, tym razem były to zapiekanki wegetariańskie.

Wracając z Alexem śmiałam się całą drogę rozmawialiśmy o książkach, zainteresowaniach i o tym jak ma się zachowywać przy rodzicach, powiedziałam mu nawet o chustce, którą kładzie się na kolana przy obiedzie, oraz o nożu i widelcu.

Weszliśmy do domu, mama stała przy blacie kuchennym a tata nakrywał do stołu, Filip  przyszedł i uśmiechną się do Alexa i przedstawił się kulturalnie oraz zaprosił byśmy weszli do środka i rozebrali się.  Tata poszedł i również przywitał się oraz przedstawił mamę, która przyszła z kuchni. Mama uśmiechała się i zaprosiła nas do stołu. Po modlitwie tata wypytywał Alexa o wszystkie najdrobniejsze rzeczy, o pracę rodziców, o szkołę Alexa.  Mama również pytała. Ja jednak w końcu nie wytrzymałam wstałam od stołu i powiedziałam: "Mamo, tato to mój chłopak, jesteśmy razem dwa lata" Filipowi spadł widelec a mama powiedziała, ze musimy porozmawiać, tata ucieszył się i klepną Alexa w ramię, mówiąc by usiadł do fortepianu i zagrał coś. On bez wahania usiadł i zaczął grać a rodzice zaczęli wsłuchiwać się w utwór Telemanna. Nie wierzyłam, że on sam to zagra, jednak pomyliłam się. Kiedy skończył grać mama wstała i zaczęła klaskać, tata stwierdził, że ma talent, Filip zaczął go męczyć by nauczył go też tak wspaniale grać.

Chwyciłam Alexa za rękę i pobiegliśmy w stronę ogrodu. Kwiaty mieniły się wieczorową rosą, ptaki śpiewały a pszczoły kończyły swoją pracę. Uwielbiałam siedzieć z nim. Uwielbiałam kiedy on trzymał mnie za rękę. Od tamtej pory doceniałam go, za wszelkie starania, które dla mnie robił. Za każdy uśmiech oddawałam mu dwa razy więcej, za każde słowo milczałam, bo chciałam by to trwało wiecznie.

czwartek, 30 kwietnia 2015

Ewa

  Jedna. Przyglądam się jej, gdy leży na mojej dłoni. Kładę ją powoli na języku, badam jej kształt... Biorę łyk wody. To samo robię z drugą, z trzecią, i z każdą następną. Mają kolor delikatnego różu, jak wata cukrowa, lecz nie smakują jak ona. Może zabiorą mnie tam, gdzie problemy same się rozwiązują. Tam, gdzie nie ma nienawiści. Tam, gdzie w powietrzu unosi się zapach miłości.
  Do szczęścia.

  Otwieram oczy. Słabe światło nocnej lampy rozjaśnia wnętrze niewielkiego pomieszczenia. Pokój ma białe ściany i sufit, jest skąpo umeblowany - znajdują się w nim dwa pojedyncze łóżka, stojak z kroplówką, oraz stolik i dwa krzesła. Na jednym z nich siedzi moja matka.
- Dlaczego? - patrzy na mnie ze łzami w oczach. - Dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego chciałaś się... - usta drżą jej od emocji.
  Nie rób mi tego. Nie zadawaj takich pytań. Mam wrażenie, że moja głowa jest niesamowicie ciężka. Miało mnie już nie być, wtedy nie musiałabym wymyślać ani logicznych, ani żadnych kłamstw. Co mam ci powiedzieć? Że miałam już dosyć? Że to wszystko mnie przerosło? Zdrada mojego chłopaka z najlepszą przyjaciółką, coraz gorsze oceny, wasz rozwód, naglące terminy, te ciągłe kłótnie, no i po raz kolejny nie dostałam się do zespołu... Im bardziej się starałam, tym gorzej wychodziło. Czułam się taka opuszczona i niepotrzebna... To chcesz usłyszeć? Że nie jestem wystarczająco dobra, by żyć na tym świecie, albo ten świat nie jest dla mnie odpowiedni? Znów mi powiesz, że niepotrzebnie się przejmuję, że kogo to wszystko obchodzi...
  Postanawiam na razie się nie odzywać. Czuję się zbyt zamroczona.
- Tak bardzo się przestraszyłam, kiedy weszłam do pokoju, a ty... leżałaś... taka blada... jakbyś była nieżywa - łzy spływają powoli po jej policzkach, a twarz wygina się w coś na kształt rozpaczy.
  Dopiero teraz zauważam, że trzyma moją dłoń.
- Ja... Nie chcę, żeby to się powtórzyło. Kocham cię, nie chcę cię stracić...
- Nie wierzę ci - szepczę. Brzmi to dużo chłodniej niż zamierzałam. Ale jestem niemal pewna, że jej uczucie jest chwilowe, zwykle się mną nie przejmuje.
- Och, Ewa... - mama wydaje się być mną rozczarowana. Po raz kolejny. - Może nie okazywałam ci tego tak, jak powinnam, ale nie wiedziałam, że jest z tobą źle. Nie brałam pod uwagę, że posuniesz się tak daleko z powodu... sama nie wiem z jakiego... Kocham cię. Nawet nie wiesz jak się martwiłam. - Mówiąc to przytula mnie. - Nie przysparzaj mi więcej takich problemów. Jeszcze jak sąsiedzi zaczną o tym mówić...
  Ach więc to tak. Wcale nie martwiła się o mnie. Tylko o siebie. O to, co sąsiedzi powiedzą. Że ma córkę, która chciała się zabić. I że pewnie jest wyrodną matką, czy coś w tym stylu.
  To straszne, jak samolubni mogą być ludzie. Moja matka. I ja też. Chcę przecież, by ktoś poświęcił mi swoją uwagę, otoczył miłością...
- Wyślą mnie do wariatkowa? - pytam z posępną miną. Nie chcę się tam znaleźć.
- Nie wiem - ona wydaje się być równie niezadowolona z tej możliwości, jak ja. Ale każda z nas z innego powodu. Każda z nas martwi się tylko o siebie. I nic tego nie zmieni. Ludzie już tacy są...


-----------------------------------------------------------------------------------------------
Dziś króciutko, ale konkretnie. Jak mleko skondensowane xD Mam nadzieję, że się spodobało :)
~ MoonCat

sobota, 19 lipca 2014

*Wyobraź sobie, proszę, jakiś sensowny i/lub kreatywny tytuł posta*

  Cześć! Nie wiem co mnie natchnęło do napisania opowiadania w takim stylu... Jest nieco bardziej hm... psychologiczne? Chyba można je tak nazwać. Pewnie znalazło się tu parę błędów, bo najpierw pisałam w czasie teraźniejszym, ale wydało mi się to zbyt skomplikowane. Mam nadzieję, że nikogo tym nie zanudzę (jak na mój gust nie jestem zbyt dobra w zabijaniu postaci i te ubogie opisy ;_; , więc z góry przepraszam xd). Zakończenie też miało być nieco inne, ale wyszło takie jak jest i postanowiłam go już nie zmieniać.
  Trzymajcie się! Miłego czytania ;3
  ~ MoonCat

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

  Słońce zbliża się ku linii horyzontu, kolejny letni dzień już za parę godzin przemieni się w gwieździstą noc. Na przystanek autobusowy wtoczył się powoli czarny, sportowy samochód. Zatrzymał się tuż przed niewysoką, lecz zgrabną blondynką. Przednia szyba zostaje opuszczona, a z wnętrza pojazdu wydobywa się głęboki męski głos:
  - Może podwieźć?
  Kobieta uniosła nieznacznie lewą brew i przygryzła dolną wargę, jakby rozważenie tej propozycji wymagało niezwykle głębokich przemyśleń. Rzuciła ukradkowe spojrzenie w stronę, z której parę minut temu powinien był przyjechać autobus, wzruszyła ramionami i zrobiła krok w stronę ferrari. Blondynka otwarła drzwi i zajęła miejsce pasażera. Samochód wypełniał zapach słodkiej wanilii - co można było wyczytać z dyndającej przy lusterku zawieszki - oraz tytoniu.
  - Jack - przedstawił się ciemnowłosy mężczyzna. Twarz przysłaniały mu okulary przeciwsłoneczne, chociaż słońce już prawie zaszło.
  Samochód ruszył z piskiem opon.
  - Chloe - kobieta uważnie przygląda się nieznajomemu. Jej uwagę przykuły kolczyki: w prawym uchu i brwi. Kilkudniowy zarost dodawał mu męskości, ale trudniej przez to ocenić wiek Jack'a.
  - Więc dokąd cię zabrać, Chloe?
  - Będziesz przejeżdżać przez Geoffreytown?
  - Mieszkasz tam? - jego twarz wykrzywiła się nieznacznie. - To niezła dziura... - dodał, ale gdy po dłuższej chwili Chloe w dalszym ciągu nie odpowiadała, postanowił zmienić temat. - Eem... Skąd wracasz? Pracujesz gdzieś tutaj?
  - Tak. Choć w zasadzie to nie. Nie mam stałego miejsca pracy - kąciki jej ust uniosły się lekko w górę.
  - Więc? Jesteś... prostytutką? - W jego głosie zabrzmiała nuta nadziei. Patrzy pytająco na pasażerkę, jednocześnie przyglądając się jej ubiorowi. To całkiem prawdopodobne, że zarabia bez niego.
  - Może patrz gdzie jedziesz... - napomniała blondynka nawet nie spoglądając w stronę kierowcy, gdy auto za bardzo zbliżyło się do ostrego zakrętu. Jack zaklął pod nosem i do oporu nacisnął hamulec. - Nie - Chloe rozwiała niestosowne przypuszczenia. - Nie jestem prostytutką. Zabijam. To mniej hańbiące zajęcie.
  Jack zaśmiał się cicho. - Niezły żart.
  - Wiesz... też jesteś na mojej liście. - kobieta uśmiechnęła się, wypowiadając te słowa, a właściciel ferrari wciąż nie mógł oderwać od niej wzroku.
  Kilka kilometrów przejechali w milczeniu. Później Jack poruszał trochę bezpieczniejsze tematy, jak na przykład hobby, rodzina i inne bzdety, które średnio go interesowały. Gdy jednak zrobiło się ciemniej ponownie wszedł na ścieżkę, którą wcześniej sobie obrał.
  - Lubisz się zabawić? Znam świetny klub, tu, niedaleko. Mógłbym cię tam zabrać... wypilibyśmy kilka drinków...
  Blondynka przyglądała się pędzącemu za oknem światu. 
  - Przecież prowadzisz.
  - Kto powiedział, że później też bym prowadził? Wiesz... moglibyśmy tańczyć do rana i trochę lepiej się poznać...
  Jack dotknął delikatnie jej kolana.
  - Masz pozdrowienia od Sophie - powiedziała, wyciągając dłoń w stronę kierownicy. Mężczyzna oderwał wzrok od drogi, spoglądając na Chloe z uniesionymi wysoko w górę brwiami. Skąd znała jego byłą? Otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył wydobyć z nich żadnych słów oprócz krzyku przerażenia. Za sprawą tajemniczej pasażerki auto gwałtownie zmieniło kierunek jazdy. Pędziło teraz wprost do lasu rosnącego wzdłuż drogi, taranując pomniejsze krzewy i drzewka. Samochód podskakiwał na nierównym podłożu.
  - Co ty wyprawiasz?! - krzyknął Jack, gdy udało mu się opanować przerażenie. Próbował sięgnąć hamulca ręcznego, ale ręka blondynki jest szybsza niż jego. Pojazd zatrzymał się. - Zwariowałaś?!
  - Wykonuję moją pracę - jej usta znów się wygięły, wyglądała jakby była zupełnie spokojna, jakby to co przed chwilą zrobiła było rutyną, jej codziennością.
  Dopiero teraz Jack zorientował się co tak naprawdę się dzieje. To co na początku brał za oryginalne poczucie humoru okazało się przerażającą prawdą. 'Boże, to nie może się dziać', pomyślał. Gdy jednak zobaczył jak z torebki Chloe wyłania się pistolet, rzucił się do ucieczki.
  Ale na ucieczkę okazało się za późno. Zanim drzwi się odblokowały lufa broni zdawała się już czule dotykać jego głowy. Mężczyzna wstrzymał oddech.
  - Serce za serce - usta blondynki były teraz całkiem blisko jego ucha, więc bardzo wyraźnie usłyszał przyprawiający o dreszcze szept. Były to ostatnie słowa, które usłyszał.

  Uwaga! - Ostrzegał głos w nowym płaskim telewizorze. - Policja robi co może w sprawie tajemniczego mordercy. Na razie nie znamy motywów, którymi się kieruje, poza tym, że ofiarą padają kierowcy i samotnie spacerujące młode osoby, zwykle mężczyźni. Prosimy zachować ostrożność.
  - Och, coraz więcej psychopatów chodzi po tym świecie... - szczupły rudzielec postawił na stole dwie filiżanki z kawą. - Słodzisz? Przyniosę cukier.
  Gdy mężczyzna zniknął za drzwiami, jego los został przesądzony. W jednej z filiżanek wylądowało parę kropel przezroczystego płynu.
  - Już jestem. - Rudy uśmiechał się zupełnie jakby za coś przepraszał.
  Wydawał się być całkiem miły. Jeszcze nikt, kto znajdował się na liście Chloe, nie był wobec niej tak troskliwy. Ciekawe, czym sobie zasłużył na taki koniec?
  Mężczyzna zajął miejsce na krześle i zanurzył usta w gorącym napoju.
  - Coś się stało? - zapytał, widząc wyraz twarzy kobiety. Wyglądała na załamaną.
  - Wybacz - szepnęła.
  Filiżanka dźwięcznie upadła na podłogę, a kawa, która się wylała stworzyła wokół niej małe jeziorko śmierci.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Naprawdę głębokiego smutku nie da się wyrazić nawet łzami... / Insanis

     Najgorzej jest na początku. To wszystko uderza w Ciebie z tak potworną siłą, jaką trudno opisać. Płaczesz, nie możesz przez to spać. Chcesz na chwilę o tym zapomnieć, chociaż na pięć minut, ale nie potrafisz. To ciągle siedzi w twojej głowie, nie daje Ci ani chwili wytchnienia. Z każdą chwilą jesteś coraz bardziej smutny, przybity, zagubiony. Zupełnie nie wiesz co ze sobą zrobić.

     To się dzieje tak nagle. Z tygodnia na tydzień. Ot co! Z dnia na dzień, a czasami nawet z godziny na godzinę.
W jednej chwili piszesz z pewną osobą, a w drugiej z nerwów masz ochotę chodzić po ścianach, bo od długiego czasu nie otrzymujesz odpowiedzi. 

     Po dziesiątce wiadomości tekstowych i pół tuzinie zostawionych nagrań na poczcie głosowej, na które nie otrzymałeś żadnej odpowiedzi, zaczynasz tracić nadzieję, ale wciąż próbujesz. 
Następnego dnia denerwujesz się jeszcze bardziej. Dwadzieścia cztery godziny. Tak długo nie otrzymałeś żadnej odpowiedzi, żadnego znaku życia od niej.
Wieczorem dowiadujesz się czegoś strasznego. Jednak ciągle nie przestajesz wierzyć w cuda, trzymasz się nadziei. Jednym palcem, ale lepsze to niż stracić ją całkowicie. Nawet jeśli wszystko wskazuje na najgorsze, ty nadal wierzysz. W małym stopniu, ale wierzysz.
Potem wszystko dzieje się szybciej.
Trzeciego dnia dostajesz cios prosto w serce. Wylewasz mnóstwo łez i humoru nie jest w stanie poprawić ci zupełnie nic. Twoja wiara w cuda i w to, że to tylko pomyłka opuszcza cię. Zostajesz sam, nawet jeśli otaczają cię ludzie, ty jesteś sam. Samotny wśród dziesiątek życzliwych dusz i opuszczony wśród tysiąca spojrzeń. Ból i smutek wypełniają cię całego, a łez nawet już nie kontrolujesz. Uspokajasz się na chwilę i nawet nie zauważasz, kiedy znów zaczynasz płakać.
Tak mija Ci cały dzień trzeci, który głownie opiera się na żalu do siebie, smutku, łzach i cierpieniu.
Czwartego dnia jest trochę lepiej. Ciągle płaczesz, ale nie izolujesz się od innych siedząc w kącie. Wychodzisz do ludzi, niektórzy nawet cię pocieszają, a ty po prostu płaczesz im w ramionach nic nie mówiąc.
Postanawiasz oderwać się od tego na chwilę, więc bierzesz zaufaną osobę i jedziecie gdziekolwiek. Na przykład do centrum handlowego, bo kto ich nie lubi? Tam chociaż przez chwilę czujesz się normalnie.
W drodze powrotnej do domu wysiadasz parę przystanków wcześniej, kupujesz w kiosku znicz, wydając na niego ostatnie drobne i idziesz na cmentarz. Nie jesteś w stanie przejechać tych prawie dwustu kilometrów, żeby postawić znicz na jej grobie, więc idziesz na cmentarz najbliżej twojego domu. Stawiasz znicz, który pomogła ci zapalić przyjaciółka, pod krzyżem i wstajesz, a twoje usta znów się nie śmieją. Myślisz o tym, co miałeś zrobić ze swoją zmarłą przyjaciółką. O przyjemnych chwilach, o zabawnych momentach, ale też o tych, kiedy miałyście tylko siebie wzajemnie. Znów zaczynasz płakać, nie kontrolujesz tego, po prostu płaczesz. Ściskasz w ręku łańcuszek, który masz na szyi. Ona miała identyczny. Nawet kupiła jeszcze jeden dla waszej wspólnej przyjaciółki, ale nie zdążyła jej go dać, bo końcu wasze planowane spotkanie nie doszło do skutku. 
Wypowiadasz w myślach jej imię. Odbija się ono chwilę w twojej głowie, po czym osiada miękko w zakamarkach twojego umysłu. Zostanie tam już zawsze. Będzie kojarzyło Ci się z dobrą, utalentowaną osobą, która miała marzenia, plany na przyszłość i wiele ambicji. Z osobą, z którą w przyszłości chciałeś założyć fundację, z którą miałeś wyjechać za granicę... Z osobą, która zawsze potrafiła poprawić ci humor.
Patrzysz jeszcze chwilę na znicz, ocierasz łzy wierzchem dłoni i odwracasz się na pięcie.Wychodzisz ze cmentarza, spoglądając raz jeszcze w stronę krzyża.
I to cię oczyszcza. Przynosi ulgę, której wyczekiwałeś.
Masz nadzieję, że teraz jest jej lepiej, że już się nie męczy, że jest szczęśliwsza.
Przez kolejne dni nadal jest ci trochę smutno, ale już nie płaczesz. Starasz się pogodzić z tym co się stało, nawet jeśli jest to bardzo trudne. 
Towarzysz ci pustka, która powstała w twoim sercu, w chwili jej śmierci. Nikt inny nie nazywa cię tak, jak ona to robiła, nie opowiada takich żartów jak ona i nie pisze z tobą po nocach. Uczucie pustki nie jest niczym dziwnym w tym przypadku, ta pustka będzie z tobą już zawsze. Mieliście przecież wspólne plany na przyszłość.
Masz nadzieję, że wkrótce twój smutek minie i gdy ktoś o nią zapyta odpowiesz, że ją znałeś, podziwiałeś, szanowałeś i kochałeś jak swoją siostrę. I wcale nie powiesz tego załamującym się głosem i ze łzami w oczach, powiesz to z dumą i radością, bo znałeś tak wspaniałą osobę jak ona. 
___________________________________________________________

Tekst został napisany chaotycznie, mam tego świadomość. Był to jednak celowy zabieg, który miał za zadanie dokładnie zilustrować to, co działo się ze mną przez ostatnich kilka dni, a gwarantuję wam, że w mojej głowie był OGROMNY chaos.
To, co przeczytaliście na górze, jest oparte na moich odczuciach. Postanowiłam to napisać i opublikować, żeby dać jakiś upust emocjom.

     Spoczywaj w spokoju, Kasiu. Zawsze będę o Tobie pamiętać.
Obiecuję Ci, że pewnego dnia założę fundację, tak jak razem chciałyśmy. Odwiedzę również Londyn, a do tego wszystkiego zrobię kiedyś Wielkie Narodzenie, a to wszystko będę robić z myślą o Tobie. To nasze wspólne marzenia, które za wszelką cenę zrealizuję. I promise [*] 

Początek czegoś, co nigdy nie będzie miało zakończenia... / Insanis

     Przybywam po długiej nieobecności, ale nie z tekstem mojego autorstwa. 
To, co macie okazję przeczytać poniżej napisała moja przyjaciółka. Bardzo zdolna, młoda dziewczyna z niespełnionymi marzeniami.
Nie prosiła mnie o publikację tego gdziekolwiek, ale stwierdziłam, że to zrobię. Miała ona talent, który miał szansę się rozwijać i myślę, że warto to komuś pokazać. Nawet jeśli jest to początek historii, która nigdy nie będzie miała ciągu dalszego, a już nawet nie wspominajmy o zakończeniu.
Zachowałam oryginalną pisownie, nie poprawiłam w tekście zupełnie NIC i nie zrobię tego, nawet jeśli ktoś znajdzie w tym jakiekolwiek niedociągnięcia.
Zapraszam do przeczytania.

To prolog książki, która nigdy nie zostanie napisana.

      Pulchna blondynka przemierzała szybkim krokiem ulice miasta, otulając się szczelniej płaszczem – jak na tę porę dnia było wyjątkowo zimno i wietrznie. Ciemne chmury zasnuły niebo, sprawiając wrażenie jakby było o kilka godzin później niż wskazywał jej zegarek. Pogoda generalnie nie należała do najprzyjemniejszych, w powietrzu wisiała groźba ciężkiego deszczy którego można się było spodziewać lada moment, dziewczyna wolała jednak o tym nie myśleć. Jej parasolka została w mieszkaniu, a ona sama miała do przejścia jeszcze ładny kilometr czy dwa – mimowolnie przyspieszyła kroku.

Równie mimowolnie spojrzała w ciemną alejkę obok której właśnie cwałowała (granicę szybkiego kroku zdążyła już zostawić za sobą) i – znów mimowolnie – zatrzymała się. W zaułku leżał ciemny kształt, który można by łatwo przeoczyć, ale jej wrodzony instynkt do pakowania się w kłopoty nie mógłby na to przecież pozwolić. Ciemny kształt po dokładnym przyjrzeniu się okazał się leżącym bezwładnie mężczyzną w jakichś kolorowych łachmanach – nie była tego pewna, ale wyglądało to całkiem jak szorty w hawajskie kwiaty i niezidentyfikowana bliżej koszulka.

- To pewnie jakiś ćpun albo pijak – powiedziała do siebie cicho, starając się powstrzymać nogi które niosły ją w kierunku mężczyzny – może być niebezpieczny – spróbowała jeszcze raz, ale niewiele to dało, jej wrodzona chęć pomocy (i wspomniany już wcześniej talent do pakowania się w kłopoty) pchały ją przed siebie. Zatrzymała się ostrożnie w bezpiecznej odległości od leżącego człowieka (może i pragnęła mu pomóc, ale nie była przecież głupia), po czym zmierzyła go ostrożnym spojrzeniem, nie będąc do końca pewną od czego zacząć.

- Em... Przepraszam? – spytała ostrożnie – Halo, proszę pana? Wszystko w porządku?

Mężczyzna nie poruszył się ani o milimetr. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, który aż krzyczał że pewnie po prostu się spił i nie był w stanie odpowiedzieć, blondynka ostrożnie przysunęła się bliżej i lekko podniosła głos.

- Przepraszam! – spróbowała jeszcze raz – Czy coś się stało?!

Tym razem osiągnęła efekt, może nie zamierzony, ale zawsze to jakieś pocieszenie: mężczyzna drgnął gwałtownie, po czym gwałtownie podniósł opuszczoną wcześniej głowę, wbijając w dziewczynę szeroko otwarte, świdrujące oczy, wyglądające jak przepełnione czymś pomiędzy paniką a zdziwieniem – czyli dokładnie tym czym zwykle wypełnione są oczy osób gwałtownie wybudzających się ze snu lub nieprzytomności w nieznanym środowisku. Dziewczyna musiała się z trudem powstrzymać aby nie odskoczyć w reakcji na jego nagły ruch.

- Czy... Czy wszystko w porządku? Coś się panu stało? Powinnam wezwać pomoc? – spytała znowu, nieco ciszej niż wcześniej, patrząc ostrożnie w uspokajające się powoli oczy nieznajomego. Mimowolnie zauważyła że miały naprawdę niezwykły odcień niebieskiego, a w ciemności zdawały się prawie błyszczeć, zupełnie jak żywcem wyjęte z jakiejś kreskówki. Zdawały się być oczami kogoś kto wiele w życiu zobaczył, to jednak nie powstrzymywało ich do pełnego zdziwienia gapienia się bezceremonialnie prosto na stojącą przed nimi, lekko zbitą z tropu dziewczynę. Cisza zaczynała się przeciągać, a mężczyzna nie zdawał się nawet przymierzać do odzywania się.

- H-halo? – spróbowała znów, niezrażona dziwnym zachowaniem nieznajomego. W każdej chwili mogła przecież odwrócić się i odejść, ale jakoś nie mogła się do tego zmusić, chociaż dobrze wiedziała że cała ta sytuacja nie przyniesie jej nic dobrego. Pamiętała też że w każdej chwili mogło zacząć padać i naprawdę powinna biec teraz do domu, ale ten nieznajomy miał w sobie coś dziwnego, przyciągającego... Może to te błyszczące oczy, a może hawajskie szorty?

Właściciel tychże oczu i szortów wpatrywał się w nią jeszcze przez moment, po czym równie nagle jak przy wcześniejszym przebudzeniu, drgnął i jakby lekko zastanym, ochrypłym głosem wyrzucił z siebie pojedyncze słowo: „Co?”. Dziewczyna spojrzała na niego z pewnym zaskoczeniem z powodu nagle przerwanej ciszy, a i sam mężczyzna zdawał się zdziwiony swoją nagłą reakcją, dotknął ust dłonią po czym z niemal komicznym skupieniem zmierzył swoje palce intensywnym wzrokiem. Wyglądał praktycznie jakby sam był zaskoczony że w ogóle coś powiedział.

- Pytałam, czy potrzebuje pan pomocy – odparła dziewczyna, nie będąc do końca pewną czy skupiony na swojej ręce mężczyzna w ogóle jej słuchał – wygląda pan jakby coś się stało.

Słowa znów spotkały się z brakiem odzewu, ale tym razem postanowiła poczekać. Mężczyzna zdawał się funkcjonować wolniej niż normalny człowiek, więc uznała że najlepiej dać mu chwilę na przetrawienie informacji. Nie rozczarowała się, po pewnej napięcia chwili błękitne oczy znów były skierowane na nią, a zaraz potem ten sam zachrypnięty, niepewny głos zadał kolejne pytanie.

- Kim jesteś? – mężczyzna nie próbował nawet udawać że jego słowa miały cokolwiek wspólnego z tym co mówiła blondynka. Cała wypowiedź na temat potrzebowania pomocy zdawała się go w ogóle nie obchodzić, zamiast tego swoją uwagę poświęcił na to konkretne pytanie, które szczerze powiedziawszy zbiło dziewczynę z tropu. No bo co odpowiedzieć jakiemuś nieznajomemu zapitemu mężczyźnie na pytanie o tożsamość?

- Emm... Mam na imię Milena – stwierdziła po prostu Milena, pozwalając mężczyźnie pociągnąć ten wątek, ale kiedy nie odzywał się przez kolejne długie, niezręczne sekundy, postanowiła go wyręczyć – a pan? Jak pan się nazywa?

- Ja... Nie wiem – wyznał bezimienny nieznajomy – wiesz skąd się tu wziąłem? Niczego nie pamiętam... – kiedy w końcu zaczął normalnie używać głosu do wypowiadania swoich myśli, tak na prawdę w niczym to nie pomogło. Milena spojrzała na niego bezradnie, usiłując zdecydować co z nim zrobić. Nie mogła go tak przecież zostawić.

- Nie wiem, kiedy pana znalazłam leżał pan nieprzytomny pod ścianą – powiedziała, usilnie rozważając w tym czasie możliwe opcje. Mogła albo zabrać nieznajomego ze sobą, albo zadzwonić po pomoc. Powinna zadzwonić po karetkę, facet miał chyba amnezję i leżał w letnich ubraniach w ciemnym zaułku. Powinna wezwać pomoc, teraz. Ale z drugiej strony... Te świdrujące błękitne oczy, prawie wzdrygnęła się na myśl że miałyby niewinnie patrzeć na zgraję anonimowych lekarzy i pielęgniarek, kompletnie o niego nie dbających, chcących tylko jak najszybciej się go pozbyć. Dziewczyna miała osobisty uraz do lekarzy, jeśli miała jakąkolwiek alternatywę to nie chciałaby nikogo skazywać na ich tak zwaną „pomoc”. Nawet jeśli alternatywa wcale jej się nie podobała, ani trochę, choćby nie wiadomo jak bardzo intrygujące były błękitne oczy nieznajomego. Ale tak na prawdę już kiedy zaczęła to rozważać to decyzja była podjęta, zdrowy rozsądek nie miał wiele do powiedzenia.

- Może pan wstać? – spytała, podchodząc powoli bliżej do mężczyzny.

- Wstać...? – powtórzył po niej niczym echo.

- Trzeba pana stąd zabrać – wyjaśniła – jeśli może pan iść o własnych siłach. Chwila, pomogę panu... – nachyliła się obok i ostrożnie złapała jedno z jego ramion. Mężczyzna jakby automatycznie podciągnął nogi pod siebie, chwilę później z małą pomocą stał już na własnych nogach, o własnych siłach, i nie zdawał się w żaden sposób zagrożony upadkiem. Na wszelki wypadek Milena nie puściła jego ramienia, kiedy zaczęła powoli prowadzić go do wyjścia z zaułka.

- Zabiorę pana do mojego mieszkania, dobrze? Mogę tam pana opatrzyć i sprawdzić czy nic panu nie jest – spytała ostrożnie – czy może woli pan żebym zadzwoniła po pomoc?

- Nie, nie – stwierdził nieobecnie bezimienny – rób co uważasz.

Milena to właśnie zrobiła, poprawiając swój chwyt na ramieniu mężczyzny i ruszając przed siebie, z pełnym niezadowoleniem spostrzegając mokre kropki coraz gęściej pojawiające się dookoła niej na chodniku. Nie dość że znalazła obcego mężczyznę z amnezją, to jeszcze oboje będą mokrzy zanim w ogóle zdąży przyprowadzić go do mieszkania.